Opowieść trzydziesta dziewiąta – nie postawią nam pomników…

Próbowałem dociec, kiedy to się zaczęło. Być może pierwszym, który zdjął zmęczone postacie z cokołów był Amerykanin Georg John Lober. Za jego sprawą przy jednej z alejek nowojorskiego Central Parku w 1956 roku stanęła granitowa ławeczka, na ławeczce zaś przysiadł Hans Christian Andersen. Odlana z brązu postać trzyma na kolanie otwartą księgę pełną baśni. U jego stóp zadziera głowę kaczątko, jakby czekając na dalszy ciąg czytanej mu opowieści. Nie ośmieliłbym się nazwać go brzydkim. Spośród setek podobnych mu pomników, które wyrastają wokół jak grzyby po deszczu, ten jest szczególnej urody. Co ciekawe w 150 rocznicę urodzin duńskiego pisarza, tę wyjątkową wówczas rzeźbę ufundowały duńskie i amerykańskie dzieci. Ponoć od czerwca do września w soboty przed południem kolejne pokolenia dzieciaków zasiadają przed ławeczką by wysłuchać na głos czytanych opowieści.
Zbolałe stopy czy kolana to podła przypadłość. Nic więc dziwnego, że z czasem śladem Andersena poszli inni. W Polsce pierwszy jak się zdaje odważył się Julian Tuwim. W kwietniu 1999 roku zasiadł na ławeczce na ulicy Piotrkowskiej w Łodzi. W kapeluszu, rozchylonym na piersiach płaszczu, jakby dostał zadyszki. Nie dokucza mu samotność. Co raz przysiądą się jacyś przechodnie, z którymi milcząc przetrawi chwil kilka. Nie dałbym wszakże głowy, czy tym z nich, co z uporem godnym lepszej sprawy zaklinają szczęście chwytając go za nos nie zacytuje choćby w urywkach „Wiersza, w którym autor grzecznie, ale stanowczo uprasza liczne zastępy bliźnich, aby go w dupę pocałowali”. W mistrzowskiej interpretacji „Ptasiego radia” wyręczyłaby pewnie Tuwima pani Irena Kwiatkowska, która swoją ławeczkę odnalazła w 2012 roku na usteckiej promenadzie, gdzie latem zwykła spacerować. Ale i ona milczy złożywszy dłonie na kolanach. Pewnie zapatrzona w morze zmawia różaniec. Ochotę do pogawędki z przechodniami zdradza Gustaw Holoubek, który przysiadł w 2008 roku na ławce w Międzyzdrojach. Zda się właśnie wziął oddech by zacząć ze swadę opowiadać jedną ze swych anegdot. Może tę o strażaku strofującym Kalinę Jędrusik, którą zwykł komentować poziom polskich sporów.
Kalina Jędrusik nie doczekała się swojej ławeczki ani w rodzinnym Gnaszynie, który po latach stał się dzielnicą Częstochowy, ani na warszawskim Żoliborzu, co z lekka dziwi, bo ławeczek ci u nas dostatek. Nie zawsze siadają na nich osoby dostojne czy zasłużone. Ma Warszawa swoją ławeczkę studenta, Kudowa Zdrój ogrodnika a Kąty Rybackie, jakżeby inaczej – rybaka. Ten ostatni zda się jeszcze nie zdecydował czy na niej usiąść, co nie jest wcale przypadkiem rzadkim. W parkowych alejkach, śródmiejskich uliczkach coraz częściej spotkać możemy w brązie odlane postacie, które zapewne do jakiejś ławeczki kiedyś zdążać będą, ale póki co zastygły w zamyśleniu. Na warszawskiej Pradze na przykład u zbiegu ulicy Stalowej z Czynszową stał swego czasu niejaki pan Zbyszek „Gumą” zwany. Stosownie do nadanego mu przezwiska nie z brązu a w gumie odwzorowano jego przygarbioną sylwetkę. Przedziwna rzeźba pchnięta dłonią kiwała się ponoć na wzór swego pierwowzoru, który dzień swój wypełniał kołysząc się w upojeniu pod sklepem. Na jego licu malował się dzień wczorajszy i absolutny, ale to absolutny brak słów. Choćby przysiadł na ławeczce nie obdarzyłby nas swą opowieścią.
Snuć swej opowieści na ławeczce nie będzie nam żaden w brązie odlany śmieciarz, z tej prostej przyczyny, że w odróżnieniu od sklepowego opoja widać póki co na to nie zasłużył. Ludzi trudniących się zbiórką odpadów odnalazłem na płaskorzeźbie umieszczonej na ścianie biblioteki w angielskim mieście Harlow. Praca zatytułowana „Powrót z pracy” („Returning from Work”) przedstawia mężczyznę i kobietę trudniących się zbiórką starych szmat. On pcha z trudem taczkę pełną zebranych odpadów, ona nieco przygarbiona kroczy za nim z pełnym koszykiem przewieszonym przez ramię. Rzeźba niemieckiego artysty Heinza Müllera (1872-1935) musi budzić skojarzenia z obrazami malowanymi w latach siedemdziesiątych XIX stulecia przez francuskiego naturalistę Jeana Francoisa Raffaëlliego (1850 – 1924), choćby z „Paryskimi gałganiarzami” ze zbiorów Muzeum Brooklyńskiego. Pionierzy recyklingu znad Sekwany stanowili swego czasu chętnie uwieczniany typ ludzki mający uosabiać alienację jednostki w społeczeństwie. Ich nędze podkreślały na płótnach długie, z dawna niestrzyżone brody wychylające się z cienia rzucanego przez mocno zdefasonowane kapelusze, szare kapoty i plecione kosze lub worki do zbioru śmieci. Gałganiarze Müllera łamią ten schemat, ubiór ich nie stygmatyzuje a nędzę oszczędnie podkreślają ciężkie drewniane saboty na zmęczonych stopach.
Jeśli gałganiarze intrygowali francuskich naturalistów, cóż rzec o dzierżących w dłoniach miotły dozorcach, którym miast zamiatać podwórka przyszło stać na cokołach rozsianych po miastach dawnego Związku Radzieckiego. Niektórzy jak ten z St. Petersburga stojący w pobliżu Placu Ostrowskiego wsparty na szufli do odgarniana śniegu, czy inny zamaszyście operujący miotłą na jednym ze skwerów w Niżnym Tagile przypominają swym wyglądem czasy carskiego imperium. Powagi dodają im ciężkie płaszcze, długie brody i charakterystyczne okrągłe czapki z daszkiem. Na ulicach Ufy i Moskwy spotkać możemy ich bardziej współczesne wersje kryjące głowy pod bejsbolówkami. Co ciekawe porządku na uliczkach Mińska i Krasnojarska pilnują odlane w brązie kobiety. Z innego powodu intryguje rzeźba dozorcy zdobiąca jedną z ulic stolicy Gruzji Tbilisi. Brodata, wsparta na laseczce postać inspirowana jest obrazem Niko Pirosmaniego – malarza samouka, prymitywisty, rzec by można gruzińskiego Nikifora.
Odnalazłem więc wyryte dłutem sylwetki „nośpłatów”, odnalazłem odlane w brązie postacie walczących miotłą ze śmieciami dozorców, ale mężczyzn kiprujących ciężkie pojemniki z naszymi odpadami nie spotkałem nigdzie. Nic to. W zamian za to widziałem maluchy niecierpliwie wyczekujące przed domem na przyjazd śmieciarki, widziałem uśmiechniętą panią ze sklepu obdarowującą drugim śniadaniem załogę zmagającą się z przepełnionymi pojemnikami, widziałem mężczyzn kręcących z niedowierzaniem głową nad kunsztem kierowcy śmieciarki manewrującej na wąskiej, zastawionej parkującymi pojazdami uliczce.
Zdarzyło się wszakże razu pewnego, iż miast stanąć na cokole człowiek trudniący się na co dzień zbieraniem odpadów stał u jego stóp i w obecności dziesięciu tysięcy zgromadzonej publiczności uroczyście odsłaniał wiele znaczący monument. Oto 24 lipca 1921 roku w miasteczku Beckenham, które jeszcze wówczas nie zostało wchłonięte przez rozrastającą się aglomerację Londynu miała miejsce uroczystość odsłonięcia pomnika Wielkiej Wojny. Minęły ledwie trzy lata od zakończenia konfliktu, który pochłonął blisko 10 milionów walczących i około miliona cywilów. Wojny, jakiej świat jeszcze nie oglądał i która jako szczególne doświadczenie wpisała się w świadomość społeczeństw Europy, szczególnie tej zachodniej. Tygodniami, miesiącami zorane okopami i lejami po pociskach pola Flandrii pochłaniały średnio około pięć tysięcy poległych dziennie.
Stanął więc w Beckenham na 23 stopy wysoki monument zwieńczony krzyżem, w który po obu stronach wpisane są dwa reliefy – jeden to św. Jerzy patron stanu rycerskiego i Anglii rozprawiający się ze smokiem, drugi to feniks powstający z popiołów. Na cokole wykonanym z portlandzkiego wapienia angielski rzeźbiarz Newbury Abbot Trent umieścił tablice z nazwiskami przeszło siedmiuset mieszkańców miasteczka, którzy oddali swe życie podczas Wojny Światowej. Abbot Trent zyskał swą sławę właśnie dzięki takim pomnikom niosącym pamięć o poległych (jego rzeźby zdobią skwery w Anglii, Walii czy Szkocji), ale zdarzało mu się zdobić ściany londyński kamienic płaskorzeźbami o bardziej przyziemnej wymowie. Kamienne panele cieszą oczy zapisem scen ulicznych. Kto w zabieganiu wzniesie wzrok ku górze dostrzeże kobietę sprzedającą lawendę, miejskiego krzykacza głoszącego wszem i wobec wieści wagi najwyższej czy wędrownego szlifierza noży nawołującego swych klientów równie mocnym głosem. Piękne rodzajowe sceny, na których równie dobrze mógłby się znaleźć charakterystyczny angielski „dustman”. Stałby zapewne ubrany w swój skórzany kapelusz z rondem zakrywającym kark dzierżąc w dłoni dzwon, którym zwykł zawiadamiać o swym przybyciu. Drugą ręką trzymałby zapewne za uzdę konia ciągnącego charakterystyczną dwukółkę na wielkich drewnianych kołach.
Tym razem jednak śmieciarz miast zastygnąć w kamieniu pod dłutem Abbota Trenta odsłaniał jego dzieło w zastępstwie marszałka Douglasa Haiga, głównodowodzącego Brytyjskich Sił Ekspedycyjnych w zakończonej przed trzema laty wojnie. Marszałek ponoć nie znalazł czasu, co chyba można traktować, jako szczęśliwe zrządzenie losu zważywszy na przydomek, jakim go obdarzono ze względu na skłonność do szafowania ofiarą swych podkomendnych. „Rzeźnika” zastąpił więc sierżant Bert Hanscombe, jeden z tuzina dzieci Sary Ann Hanscombe. Dwójka z nich zmarła w dzieciństwie. Gdy Wielka Brytania przystąpiła do wojny Sara od piętnastu lat była wdową. W skromnym domu samotnie wychowała córkę i dziewięciu synów. Począwszy od września 1914 roku, raz za razem żegnała swych ukochanych synów wyruszających na front. Jerzy, Franciszek, Stefan, Józef, Dawid, Fryderyk, Jakub, Ryszard i właśnie Bert. Dziewięć razy z ciężkim sercem odprowadzała ich wzrokiem na progu rodzinnego domu nie wiedząc czy jeszcze ich zobaczy. Ukradkiem łzy ocierała fartuchem. „Nigdy nie wierzyłam, że wszyscy wrócą” powie, gdy na kontynencie zamilkną frontowe działa a wszyscy jej synowie powrócą do domu. Żywi, choć w sumie dwadzieścia jeden razy ranni. Najciężej, o ironio Fryderyk, który jako jedyny pozostał na Wyspach i doznał poważnych obrażeń głowy podczas załadunku amunicji.
Bert trzykrotnie zmagał się z ranami. Pierwszy raz w październiku 1915 w bitwie pod Loos gdzie poprowadził atak uwieńczony zdobyciem niemieckich okopów pod Hulluch. W tych dniach pod Loose zginęło przeszło 59 tysięcy brytyjskich żołnierzy, wśród nich zapewne któryś z jego dziewiętnastu kolegów z pracy, śmieciarzy z Beckenham, z którymi na ochotnika zasilił szeregi 1 Batalionu pułku East Surrey. Bert przeżył, z raną postrzałową brzucha trafił do szpitala. Jaki hart ducha musiał charakteryzował owego szczupłego mężczyzna o lekko pociągłej twarzy, która spogląda na nas ze zdjęcia opublikowanego po wojnie w „Daily Mirror”, jeśli po piekle Loose na ochotnika powrócił ze szpitala nad Sommę? Tam w 1916 roku podczas ataku gazowego poważnie ucierpiały jego oczy. Podleczony jeszcze raz powrócił na front gdzie w 1917 roku pod Cambrai jego oddział dostał się do niewoli. Bert zbiegł wraz z szóstką kolegów. Trzeci raz otrze się o śmierć w ostatnim roku wojny, ale tak jak pozostałych ośmiu braci cały wrócił do domu. Wrócili wszyscy ku uciesze biednej matki. Ich historia wobec ogromu ofiar, jakie pociągnęła za sobą wojna zdawała się tak niezwykła, iż o ich pierwszych na powrót wspólnych Świętach Bożego Narodzenia pisała lokalna prasa. Świętach skromnych, bo zwyczajowego indyka na stole Hanscombów musiała zastąpić potrawka z królika, a przecież jakże radosnych. Dumna mama prezentując list z podziękowaniem od króla Jerzego V żałowała jedynie, iż ojcu rodzeństwa nie dane było dożyć tej chwili. Ona sama nie doczekała dnia, w którym Bert odsłaniał pomnik ku czci poległych kolegów. Zmarła w 1920 roku.
Jeśli do tej pory to ja zmagając się z piórem dałem ponosić się grze skojarzeń mam pewność, że tym razem historia braci Hanscombe obudzi przedziwne uczucie déjà vu u czytelników. Pamięć przywiedzie obraz twarzy Toma Hanksa i Matta Damona. „Szeregowiec Rayan”. Historia o szlachetnej misji kapitana Millera, który na froncie w Normandii ma za zadanie odnaleźć szeregowca Jamesa Francisa Rayana i odstawić go do domu. Zwrócić matce, której wojna w przeciągu tygodnia zabrała już trzech synów.
I ta historia wydarzyła się naprawdę. Braci w rzeczywistości było czterech: Frederick, Edward, Robert i Preston Nilandowie. Ich rodzice Augusta i Michael Niland mieli jeszcze dwie córki, ale tak jak w przypadku siostry braci Hanscombe historia wojen niesprawiedliwie pomija ich imiona. Niesprawiedliwie, bo przecież i one czekały powrotu swych braci i co dnia wspierały rodziców. Jako pierwsza do domu w Tonawanda w stanie Nowy Jork (a nie jak chcą autorzy filmy w Iowa) dotarła wiadomość o śmierci najstarszego z braci. 20 maja 1944 roku sierżant Edward Niland radiooperator i strzelec w 434 Dywizjonie Bombowym został zestrzelony nad Birmą. Dwa tygodnie później 6 czerwca w Neuville au Plain podczas krwawej, ale udanej operacji lądowania sprzymierzonych w Normandii zginął drugi z braci sierżant Robert Niland. Dzień później na normandzkiej plaży określanej kryptonimem „Utah” od kuli snajpera ginie porucznik Preston Niland. Czwarty z braci Fryderyk trafił na front w dniu śmierci Roberta, jako spadochroniarz zrzucony niedaleko Raffoville. Mniej więcej po tygodniu dociera do niego informacja o śmierci brata, który miał być pochowany na cmentarzu w miejscowości St. Mere Eglise. W poszukiwaniach pomaga mu kapelan 101 Dywizji Powietrznodesantowej ksiądz Franciszek Sampson. Gdy odnajduje grób przez chwilę zda mu się, że niesie mu zaskakująco dobrą nowiną. We wskazanym miejscu leży co prawda żołnierz o nazwisku Niland, ale nie Robert a Preston. Nie wie, że to drugi z braci Fryderyka.
Pod koniec lata 1944 roku ksiądz Sampson przyniesie mu informacje o rozkazie prezydenta Roosevelta odwołującym go z frontu, jako jedynego ocalałego syna Augusty Niland. Nie był to jak się zdaję efekt zwyczajowej wojskowej procedury. Może źródeł szlachetnego gestu należy szukać w fakcie, iż jak wspomina bratanek Fryderyka ojciec braci podczas wojny amerykańsko – hiszpańskiej w 1898 roku służył pod komendą pułkownika Theodora Roosevelta. Fryderyk nie chciał wypełnić rozkazu, ale za namową księdza powrócił do domu. Ale to nie koniec tej interesującej opowieści odbiegającej mocno od fabuły filmu Stevena Spielberga. Oto do domu w Tonawanda powróci uznany za zmarłego Edward Niland. Zestrzelony nad Birmą przeżył. Siedem dni wędrował przez dżunglę by dotrzeć do wioski, której mieszkańcy wydali go Japończykom. Czekał go prawie rok w japońskiej niewoli gdzie był głodzony i torturowany. Gdy uciekł z obozu ważył tylko 38 kilogramów. W rodzinnym przekazie zachowała się jego opowieść o tym jak podczas ucieczki legł na ziemi szukając chwili oddechu. Na wpół świadomy z wyczerpania miał usłyszeć strofujący głos swego brata Prestona „Ruszaj się, co z ciebie za żołnierz”. Zerwał się z ziemi, którą chwilę potem przeszyła seria z broni maszynowej. Jego powrót do domu nie był zaskoczeniem dla jego ojca. Michael Niland miał sen, w którym rozbił się samolot Edwarda, on sam zaś ocalał i rzekł „Wszystko w porządku tato, wracam do domu”. Wbrew więc oficjalnym wojskowym komunikatom zawsze czekało na niego miejsce przy stole. Bo wszystko jest kwestią wiary. Choć mniej jej w nas niźli ziarna gorczycy.
Myślę o tym a w wyobraźni przysiadam na ławeczce w Regis College w Toronto. Przysiadam niepewnie na jej krańcu, bo ławka jest już zajęta. Śpiącą sylwetkę o lekko podkulonych nogach skrywa coś, co zwać można derką czy kocem. Nie dostrzegam twarzy bezdomnego, materiał osłania ją na kształt kaptura. Na odkrytych stopach znać ślady po ukrzyżowaniu. Jak dla mnie najbardziej poruszająca ławeczka, najbardziej poruszająca rzeźba ostatnich lat. „Bezdomny Jezus” Timothy Schmaltz’a …